Ostatnie wcielenie
Stroniąca od towarzystwa Isabelle Mercer, żyje na obrzeżach socjety. Jej codzienność pochłaniają nie tylko obowiązki związane z samodzielnym zarządzaniem majątkiem, ale przede wszystkim pasja do nauki, w szczególności transu hipnotycznego, który w jej przekonaniu może stanowić odpowiedź na pytanie, nurtujące ją od wielu lat.
Pewnego dnia, do jej posiadłości z polecenia przybywa lord Marcus Sinclair, twierdząc, że kobieta może mu pomóc w rozwiązaniu trapiącego go już lata nietypowego problemu. Isabelle jest przekonana, że to jakiś żart wymierzony w jej osobę, przez jednego z mieszkańców Exeter. W ostatniej chwili wpada na pomysł, który może obrócić całe zdarzenie na jej korzyść. Z początku niezręczna sytuacja, przeradza się w niespodziewany dla obojga bieg spraw.
Zobacz jak przebiegło pierwsze spotkanie Isabelle z Sinclairem.
Przeczytaj fragment książki
Czekoladowe ciasto było pierwszą rzeczą, o której pomyślała Isabelle, gdy zbudziła się następnego ranka. Nie łudziła się, że ten słodki obraz, tak silnie wpływający na jej wyobraźnię, odejdzie, jeśli będzie go ignorować. To tak nie działa. No cóż, może nawet dobrze się składa, bo ta prosta czynność, jaką jest pieczenie, niejeden raz pozwoliła jej się zrelaksować i uporządkować rozbiegane myśli.
Jeśli damy z towarzystwa dowiedziałyby się, że od czasu do czasu pozwala sobie, niczym najemny kucharz, na własnoręczne pieczenie, dostałyby waporów. Zaraz po dopisaniu tego nieprzystającego damom czynu do całej listy popełnionych przez nią grzechów i przewinień, pomyślała żartobliwie.
Tego ranka, pod wpływem impulsu, zrobiła lekki makijaż, podkreślając oczy i usta oraz nakładając nieco pomady na policzki, aby dodać sobie lekkich rumieńców. Kolejne wykroczenie. Nigdy nie rozumiała, co może być tak hańbiącego w chęci podkreślenia swojej urody. Dlaczego makijaż ma być zarezerwowany tylko dla aktorek i kurtyzan? Dlaczego ma być atrybutem kobiet upadłych albo mało cnotliwych?
Rzadko robiła cokolwiek z przekory. Uważała takie zachowanie za dziecinne. W tym przypadku również. Jeśli już podejmowała to śmiertelne ryzyko, jakim było nałożenie na twarz czegoś więcej niż kremu, robiła to z wewnętrznej ochoty docenienia i podkreślenia naturalnego piękna, które – jak wierzyła – nosi w sobie każda kobieta.
Tak więc jak tylko wróciła z codziennego spaceru, po którym się odświeżyła i przebrała w jedną ze swoich letnich sukni, uszytej według francuskich, dużo wygodniejszych niż angielskie, trendów, zabrała się do dzieła.
Idealnie się składało, bo akurat tego dnia w kuchni nikogo nie było. W każdy piątek kucharz monsieur Lambert miał wychodne. Mogła od razu przejść do dzieła. Jej służba była już do tego przyzwyczajona, tak samo jak do innych osobliwych, jak na wytworne standardy angielskiej arystokracji, działań swojej pani.
Tradycyjnie już przy tym zajęciu miała włosy związane w kok na czubku głowy. Zawsze jednak jakiś niesforny kosmyk wypadał ze sprawnie ułożonej fryzury i to w najmniej odpowiednim momencie, czyli akurat wtedy, kiedy obie dłonie miała oblepione ciastem. Tak było i teraz. Wierzchem lewej ręki zagarnęła włosy za ucho. Udało się za pierwszym razem, co uznała za niemały sukces. Zazwyczaj akcja trwała trochę krócej niż cała wieczność i kończyła się zwycięstwem loka.
– Hrabino, przyszedł niejaki Marcus Sinclair i nalega na rozmowę. – Do kuchni wparowała pani Simmons. – Oznajmiłam mu, że hrabina jest w tym momencie zajęta i żeby przyszedł później. On na to, że sprawa jest dla niego bardzo ważna, więc chętnie poczeka. Na to ja mówię, że hrabina jest zajęta prywatną sprawą i nie wiadomo, kiedy skończy. Nawet to go nie zniechęciło. Tylko się uśmiechnął i zapytał, gdzie mógłby spocząć. – Pani Simmons wypowiedziała to wszystko na jednym wydechu, jakby bała się, że w przerwie na drugi zapomni, co ma do przekazania. W jej przypadku byłaby to niepowetowana strata. Szczyciła się bowiem opinią osoby o nadzwyczaj dobrej pamięci.
– Dobrze, w takim razie proszę mi pomóc zdjąć fartuch. – W czasie, gdy pani Simmons odwiązywała troczki, Isabelle myła ręce.
Czy ten człowiek nie mógł przyjść pół godziny później?
– Och… hrabino ma pani…
– Nie teraz, pani Simmons. Proszę zająć się ciastem. Wystarczy już tylko wyłożyć je na blachę. – Ostatnie słowa były niemal obrazą dla pani Simmons, która miała w głowie potężną bazę skatalogowanych przepisów kuchennych. Przewróciła tylko oczami i zgodnie z życzeniem swojej pani zaczęła szukać odpowiedniej blachy.
***
Sinclair rozglądał się po imponującym wnętrzu. Nie wyczuwało się w nim przepychu, tak charakterystycznego dla wyższych sfer, lecz elegancję i pewną – jak to sam określił w myślach – powściągliwość. Od podłogi po sam sufit wszystko było najwyższej jakości. Każdy element wystroju i wyposażenia służył do czegoś konkretnego i idealnie komponował się z całą resztą. Nie było tu nic niepasującego ani zbędnego. Nie wiedzieć czemu, ale trochę go to przeraziło. Jakby znalazł się w zaczarowanym miejscu, w którym to nie on obserwuje, ale obserwują jego.
Jego rozważania przerwało bicie przepięknego zegara, które w tym momencie zabrzmiało jak odliczanie ostatnich sekund do przełomowego wydarzenia albo odczytania wyroku. Nim ucichło echo ostatniego uderzenia, zza rogu wyszła kobieta. Jej kroki były zdecydowane i dość szybkie. Na pewno nie takie, jakich spodziewałby się po typowej damie, mającej na sobie te wszystkie halki, gorsety, fiszbiny i co tam jeszcze typowe damy noszą. Mógłby przysiąc, że gdy go spostrzegła, jej ciało na milisekundę straciło rytm. Gdy przed nim stanęła, poczuł subtelny, ale wyczuwalny słodki zapach.
Mógłbym cię zjeść.
– Dzień dobry, lord Mar… Co ma pani na twarzy? – wypalił, wskazując jednocześnie bliżej nieokreślone miejsce na swoim policzku. Nawet nie skończył zdania, a już wiedział, że popełnił taktyczny i niewybaczalny błąd.
Isabelle nie potrafiła powiedzieć, czy ze złości, czy wstydu, ale już czuła, jak pieką ją policzki. Najchętniej całą głowę włożyłaby do wiadra z lodem. Czerwona czy nie, innej twarzy do dyspozycji nie miała. Hardo spojrzała w oczy stojącego przed nią mężczyzny i najbardziej rzeczowym tonem, na jaki było ją stać, odpowiedziała:
– To, co mam na twarzy, najjaśniejszy panie, to makijaż. Najnowsze trendy od lat stosowane przez najwyższe sfery Francji i w całej cywilizowanej Europie!
Sinclair uniósł do góry brwi, co miało zastąpić pytanie, którego nie potrafiłby sformułować, nawet gdyby przypalano go za karę rozżarzonym żelazem.
Wyostrzone przez ciepło receptory czucia na twarzy Isabelle nagle uzmysłowiły jej, że na lewym policzku znajduje się coś, co, Boże dopomóż, chyba jednak nie jest częścią makijażu. Przyłożyła tam dłoń.
Czekolada.
– Och!… Akurat robi… smakowałam nowy rodzaj czekolady przyrządzonej przez mojego kucharza.
W jednej chwili Sinclair zrobił duży krok w kierunku kobiety. Nachylił się prawie dotykając jej twarzy, wciągnął głęboko cudowny zapach i zapytał niskim głosem:
– Czy mogę też spróbować? – I nie czekając na odpowiedź, liznął jej policzek.
Z gardła Isabelle wydobył się dziwny dźwięk, którego (mogłaby przysiąc) nigdy wcześniej, w całym swoim życiu, nie wydała. Był to najprawdopodobniej efekt tego, że ktoś właśnie odciął jej dopływ tlenu i to, co zostało, starczyło na takie właśnie coś. Jednocześnie miała poczucie, że ten dźwięk wydobył się z najgłębszego miejsca w jej ludzkich trzewiach. Teraz już czuła żar wszędzie. Cały arktyczny lód wyparowałby po zetknięciu z jej ciałem w ciągu minuty.
Nie minęła chwila, a nieznajomy cofnął się do miejsca, w którym znajdował się, gdy go pierwszy raz ujrzała. Stał tam, jakby dopiero co zaistniałe wydarzenie w ogóle nie miało miejsca. Przez ułamek sekundy sama zaczęła się nad tym zastanawiać. Rozchyliła usta w nadziei, że to automatycznie zmobilizuje jej mózg do ułożenia jakiejś sensownej riposty, ale mężczyzna okazał się szybszy.
– Przepraszam, madame, za swoje zachowanie. Jedyne, co mam na usprawiedliwienie, to fakt, że od dwóch dni praktycznie nie zmrużyłem oka. Co w zasadzie jest tym, co mnie do jaśnie pani sprowadza.
Isabelle patrzyła na Sinclaira, jakby właśnie oglądała ptaka, który nie miał prawa pojawić się na tej szerokości geograficznej.
Mężczyzna słusznie wywnioskował, że jeśli zaraz nie weźmie się w garść, to skłonna będzie uznać, że ma do czynienia ze zbiegiem z Bedlam . Odchrząknął, stanął niemal na baczność i z całą powagą spróbował od nowa.
– Lord Sinclair. – Wykonał przy tym odpowiedni ukłon. – Przybywam z Rivers Manor. Zostałem jego nowym właścicielem. To spadek po niedawno zmarłym wuju, hrabim Cavendish. W drodze zatrzymałem się na jedną noc w gospodzie Pod Niebieskim Kogutem, gdzie poznałem sir Rogera Egertona. Dżentelmen ten zasugerował, że może mi pani pomóc w pewnej osobistej sprawie.
Ta niecała minuta wystarczyła, żeby Isabelle znowu stała się sobą – tak przynajmniej jej się wydawało. Choć sytuacja dalej była nieco dziwna, uznała, że przynajmniej teraz może prowadzić normalną rozmowę. Wciąż nie wiedziała, jak ma się odnieść do zaistniałego incydentu i do czynów jakiej kategorii go zaklasyfikować. Uznała więc, że na razie nie zrobi z tym nic.
– Przejdźmy do biblioteki – zaproponowała, nie bardzo wiedząc, w co się pakuje. Gdy szła, czuła na sobie palący wzrok posłusznie podążającego za nią mężczyzny.
Sinclair zapatrzył się na jej biodra, które kołysały się dużo bardziej ponętnie niż wahadło niedawno wybrzmiałego zegara. Z upiętego na głowie koka wypadły tu i ówdzie kosmyki jasnobrązowych włosów, powiewając leciutko, gdy się poruszała. Roztaczała wokół siebie słodki zapach i coś jeszcze… Wydłużył krok, przybliżając się do kobiety. Zamknął na moment oczy, chcąc uchwycić tajemniczą nutę. Niestety nie zdążył, bo miejsce, do którego zmierzali, było niedaleko.
– Czego się pan napije? – zapytała z grzeczności, jak tylko weszli do biblioteki, ale też w celu zapewnienia sobie dodatkowej chwili na zebranie myśli.
Marcus najchętniej napiłby się czegoś mocniejszego, zachował to jednak dla siebie. To i parę innych refleksji dotyczących niezaspokojonych pragnień, jakie zaczynał odczuwać w towarzystwie hrabiny Mercer. Zmiana otoczenia nie pomogła mu otrząsnąć się z pierwszego wrażenia, jakie na nim zrobiła.
Biblioteka, nierozświetlona promieniami słonecznymi, była przytulna i dawała intymny nastrój. Prawdopodobnie dlatego spojrzał na apetycznie wykrojone usta kobiety, gdy tylko stanęła do niego przodem.
– Poproszę… herbatę, jeśli to nie sprawi zbyt wielkiego kłopotu – powiedział, nie odrywając od nich wzroku.
– Nigel! – zawołała Isabelle.
Nigel służył w rezydencji prawie całe swoje życie. Jego maniery, wyczucie i pełny profesjonalizm były na wagę złota. Był człowiekiem dyskretnym, którego nigdy nie interesowały plotki, a który, o dziwo, zawsze wiedział o wszystkim. Trzymał rękę na pulsie, zwłaszcza gdy Isabelle odwiedzał ktoś obcy. Kręcił się wtedy w pobliżu. Wystarczyły trzy sekundy, aby pojawił się w progu.
– Poproś panią Simmons, żeby przyniosła herbatę.
– Tak jest, milady.
– Proszę usiąść – zaproponowała, wskazując gościowi sofę, jak tylko Nigel zamknął za sobą drzwi.
Sama zaś zajęła fotel, w którym jeszcze niedawno pani Simmons poddawana była nieziemskim torturom. Ironia losu, pomyślała.
Uwaga Isabelle ponownie skupiła się na przybyszu. Do jej świadomości docierało coraz więcej elementów tworzących postać, która przed nią siedziała. Mężczyzna miał gęste, lekko falowane, ciemne włosy. Nieco dłuższe niż nakazywała obecna moda. Raczej wąskie, utrzymywane w pełnej powściągliwości usta nie zdradzały temperamentu mężczyzny. Poruszały się zdawkowo, niemal od niechcenia, zgodnie z wolą ich właściciela, który nie życzył sobie powiedzieć więcej niż to konieczne. Ogorzała od słońca cera pozwalała snuć podejrzenia, że lord Sinclair spędza dużo czasu poza murami swoich posiadłości. Nie zawsze pod osłoną kapelusza.
Posturą różnił się od dżentelmenów, których najczęściej widywała. Zarówno tych z arystokracji, jak i ze światka naukowego. Umięśniona, dobrze zbudowana sylwetka była łatwo dostrzegalna nawet pod warstwami materiału.
Ruchy miał spokojne i opanowane. Isabelle korciło, aby rzucić w jego stronę czymkolwiek. Była pewna, że posągowy bezruch w sekundę przemieniłby się w gibką i zwinną panterę, w locie łapiącą rzucony przedmiot. To porównanie przyciągnęło jej uwagę do ciemnych oczu, bacznie lustrujących wszystko dookoła. Nie dało się rozpoznać ich barwy. Isabelle podejrzewała, że ich właściciel dobrze wie, jak się ustawić, żeby tak właśnie było. Aby nikt niepowołany nie zajrzał przez nie w jego duszę. Zawsze czujny.
Wcale nie wyglądał na kogoś, kto nie spał dwie noce. Ta myśl sprowadziła Isabelle na ziemię.
– Proszę powiedzieć, z jaką osobistą sprawą pan przychodzi.
Sinclair zastanawiał się, jak przedstawić swój problem.
Zaczął wątpić, by hrabina Mercer mogła mu w jakiejkolwiek sposób pomóc. Tylu specjalistów bezskutecznie próbowało, że już dawno zaniechał jakichkolwiek prób. Skoro jednak już tu przybył…
– Jak już wspomniałem, polecił mi jaśnie panią sir Egerton. Wyjawiłem mu coś, co męczy mnie tak długo, że już nawet nie pamiętam, kiedy się zaczęło. Chodzi mianowicie o niemożność zaśnięcia w czasie pełni księżyca. Parę dni przed i kilka po.
– Przykro mi z powodu pańskiej… – Isabelle zastanowiła się, jak powinna określić omawianą dolegliwość, by nie urazić gościa, ale też nie wyjść na ignorantkę – przypadłości. Nie rozumiem tylko, czemu zwraca się pan z tym do mnie.
– Sir Egerton zasugerował, że zna się pani na tych sprawach.
– Na tych, to znaczy jakich? – Ciało Isabelle spięło się, wyczulone na wszelkie insynuacje, jakoby miała być straszną wiedźmą, mieszającą w wielkim kotle dziwne mikstury.
Sinclair z całego serca zapragnął, aby zmaterializował się koło niego sir Egerton i wytłumaczył hrabinie, i w sumie również jemu, dlaczego akurat ona będzie wiedziała, co robić.
Niezręczna cisza została przerwana przez wchodzącą panią Simmons.
– Herbata wedle życzenia jaśnie pani. Przyniosłabym również ciasto, ale nie jest jeszcze gotowe.
– Wielka szkoda, że nie będę mógł go skosztować – skomentował Sinclair. – Jestem pewien… – przeszył wzrokiem Isabelle – że będzie wyśmienite.
Pani Simmons z zainteresowaniem, jakie nie przystoi nawet najbardziej rozpuszczonej służbie, spojrzała na mężczyznę, następnie na Isabelle i lekko, prawie niezauważalnie uniosła prawą brew.
– Czy hrabina życzy sobie jeszcze czegoś?
– To wszystko. Może pani odejść.
Gospodyni jeszcze raz rzuciła okiem na Sinclaira, posyłając mu rodzaj pół uśmiechu, którego nie rozszyfrowałby najlepszy szpieg w całej królewskiej armii. Odprowadzana spojrzeniami siedzącej pary podążyła do wyjścia.
Gdy gospodyni zniknęła z pola widzenia, Sinclair opuścił wzrok, a jego twarz nabrała dziwnego wyrazu. Był niemal pewny, że to jakiegoś rodzaju nieporozumienie. Nie chodziło jednak tylko o kolejną, chybioną próbę uleczenia bezsenności. Nie chciało mu się wierzyć, że Egerton byłby tak perfidny, żeby zabawić się jego kosztem. Jeśli jednak to podejrzenie okaże się prawdą, drań zapłaci mu za to. Sinclair nie był człowiekiem gwałtownym, ale też nigdy nie darował zniewagi czy braku szacunku. Tym razem nie będzie inaczej.
– Obawiam się, że został pan wprowadzony w błąd, milordzie.
Głębokie rozmyślania Sinclaira przerwał cudowny głos, który dotarł do niego z całkiem innej przestrzeni. Przez parę sekund rozkoszował się uczuciem, jakie w nim wywołał, a następnie, ulegając lekkiemu ukłuciu intuicji, zapytał:
– Madame, jak pani sądzi, dlaczego ów dżentelmen skierował mnie właśnie do pani?
Isabelle nie urodziła się wczoraj. Doskonale zdawała sobie sprawę, co mogło być powodem takiego obrotu spraw. Jej reputacja, a zwłaszcza babki Sonii, ciągnęły się za nią, jak smród za skunksem.
Sonia Lewis była bowiem najsłynniejszą czarownicą, jaką angielska ziemia, niekoniecznie z dumą, kiedykolwiek nosiła. Skoro się jednak urodziła, to ziemia nie miała większego wyboru, jak jej służyć. I służyła aż do ostatniego tchu, który kobieta z satysfakcją wydała w trzydziestej szóstej wiośnie swojego jakże grzesznego życia.
Mówiono o niej czarownica Sonia, na co sobie w pełni zasłużyła i co z ogromną żarliwością podsycała. Znała różne zaklęcia, manipulowała pogodą, potrafiła nawet latać i, co gorsze, nie potrzebowała do tego miotły.
Jak na porządną czarownicę przystało, sporządzała eliksiry miłosne, mające zwabić niezainteresowanego kawalera w ramiona zdesperowanej młódki. Jak się zawsze okazywało, mikstury działały. Przynajmniej do momentu „wytrzeźwienia” dżentelmena z dziwnie działających na jego ocenę rzeczywistości substancji zawartych w napoju. Ten czas zazwyczaj okazywał się wystarczający, aby młódka została zniewolona i to na dodatek w dniu, kiedy jej jajeczka najbardziej wypatrywały męskich plemników. I żyli długo i szczęśliwie… W każdym razie panna młoda.
Wielką tajemnicą owiane było pojawienie się na świecie jej jedynej córki Lilith. Najpewniejsza z teorii głosiła, że została poczęta przez samego diabła w noc oświetlaną przez pełnię księżyca i przy akompaniamencie kumkających żab oraz wyciu całej watahy wilków. Jeśli nawet wilki były przy poczęciu, to z całą pewnością nie przy wychowaniu dziewczynki. Jej rozległa wiedza, nie tylko z przedmiotów typowo szatańskich, takich jak ziołolecznictwo czy astrologia, ale również z fizyki, matematyki, nauk przyrodniczych oraz języków nowożytnych była, lekko mówiąc, imponująca. Niejednego rozmówcę wprawiała w zakłopotanie. Dużo częściej budziła jednak ledwo powstrzymywaną agresję, co w końcu doprowadziło do tego, że już jako nastolatka nie szukała towarzystwa ludzi. Kontakt ograniczała do najpotrzebniejszego minimum.
Isabelle powróciła myślami do zadanego pytania, zastanawiając się, jak mogłaby brzmieć dyplomatyczna odpowiedź. Bardzo dobrze znała sir Egertona oraz towarzyszące mu zawsze poczucie humoru. Nawet je lubiła, dopóki nie stawało się bronią przeciwko niej.
Jej „sława” nieraz bywała powodem do żartów i śmiechu, zawsze jednak pozostawała wśród miejscowych. Przynajmniej do dziś. Doprawdy, nie miała pojęcia, jak ma wyjaśnić coś, co składało się z większej liczby warstw niż popisowy tort pani Simmons.
Pomimo iż ta znajomość zaczęła się w tak niecodzienny sposób, chciała, aby jej nowy sąsiad poznał ją taką, jaka jest naprawdę, a nie przez pryzmat lokalnych pogłosek. Może wtedy zobaczy, że jest normalną kobietą z krwi i kości, a nie jakimś bliżej nieokreślonym tworem, który budzi strach albo dziwną obsesję. Chciała być traktowana normalnie. Jak wybrnąć z tej przedziwnej sytuacji? Jak w ogóle miała myśleć, gdy wpatrywał się w nią tak absorbujący mężczyzna. Patrzył na nią wzrokiem, który miał w sobie jakiś magnetyzm. Tego była pewna. Jak inaczej wytłumaczyć hipnotyzujące jej zmysły uczucie, którego doznawała, gdy utrzymywali kontakt wzrokowy. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyła.
Profesor Fox wspominał o ludziach nadzwyczaj predysponowanych do wprowadzania umysłów w trans. Z całą pewnością mężczyzna, który ją odwiedził, się do nich zaliczał.
A jakby tak…?
W jej głowie pojawiła się myśl, która dała nadzieję, że to niefortunne wydarzenie mogłoby okazać się idealną szansą do wykorzystania.
Sinclair niemal słyszał, jak w umyśle kobiety pracują wszystkie trybiki. Na jej twarzy, która teraz wyrażała maksymalne skupienie, znowu pojawiły się te cudowne rumieńce, działające na niego w dziwnie rozczulający sposób.
– Ach… Już rozumiem, co miał na myśli dżentelmen, który pana do mnie skierował. – Postanowiła od razu wprowadzić nową strategię w życie. – Proszę wybaczyć moją uprzednią konsternację. Mogę to jedynie złożyć na karb tego… wie pan… tego, co wydarzyło się na samym początku naszego spotkania. Zapewniam jednak, że wszystko wróciło już do normy – dodała, posyłając mężczyźnie uprzejmy uśmiech.
Sinclair żałował, że tego samego nie może powiedzieć o sobie. Preludium ich spotkania wciąż odbijało się w nim echem wraz z każdym uderzeniem serca, a w ustach wciąż czuł smak czekolady.
– Czy mam przez to rozumieć, że to wcale nie była złośliwość czy żart wymierzony w moją lub pani osobę? – zapytał podejrzliwie.
– Widzi pan, jestem… asystentką profesora medycyny sir Maximiliana Foxa. – Isabelle uznała, że małe kłamstewko nie będzie niczym złym w obliczu szansy, jaka się właśnie przed nią pojawiła.
Sinclair mniej by się zdziwił, gdyby za oknem zaczął padać śnieg. W życiu nie spodziewałby się, że siedząca przed nim kobieta jest czyjąkolwiek asystentką, a już z całą pewnością nie oksfordzkiego profesora. Niewątpliwie zrobiło to na nim duże wrażenie.
– Jest to światowej sławy autorytet w dziedzinie stosowania alternatywnych metod leczenia wielu dolegliwości, szczególnie psychicznych. – Isabelle kontynuowała z taką naturalnością, jakby recytowała to wielokrotnie każdego dnia. – Wśród jego metod jest trans hipnotyczny, jedno z najdonioślejszych odkryć profesora. Proszę sobie wyobrazić, że za pomocą owego transu obniża on ból operowanego pacjenta. Podczas przygotowań do zabie…
– Chwileczkę. – Sinclair uniósł obie dłonie na wypadek, gdyby werbalny komunikat został przeoczony. – Jaki to wszystko ma związek z moją sprawą?
– Już panu wyjaśniam. – Zganiła się w myślach za brak opanowania i dystansu do tematu, który ją tak fascynował. Wciąż jej umykało, że nie należy on do najczęściej podejmowanych przez śmietankę towarzyską Anglii. – Otóż profesor Fox z powodzeniem stosuje owy trans, by wyprowadzać ludzi z różnych nałogów.
– Z nałogów? Jakich na przykład?
– Przyznam, że nie jestem zaznajomiona ze wszystkimi przypadkami. Profesor Fox ma ich na swoim koncie bardzo wiele. O jednym, dość spektakularnym, mogę jednak panu opowiedzieć. – Sięgnęła po filiżankę z herbatą, jednocześnie bacznie obserwując, czy jej taktyka, mająca na celu zainteresowanie słuchacza, jest skuteczna. Niestety, ciężko było cokolwiek odczytać z jego twarzy. Im dłużej przebywała w towarzystwie nowego sąsiada, tym większą zyskiwała pewność, że nie jest człowiekiem, którego łatwo do czegoś przekonać.
Sinclair nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. Czuł, że historia z profesorem jest prawdziwa. Ta kobieta nie zmyśliłaby czegoś takiego. Coś mu jednak nie pasowało. Dowie się, co to takiego, w swoim czasie. Tymczasem, z satysfakcją zauważył, że czuje się nadzwyczaj komfortowo w towarzystwie owej damy. Mógłby słuchać jej głosu bez końca. Podobnie jak patrzeć w te oczy i na te usta, i jeszcze niżej… Zmienił pozycję, w jakiej dotychczas siedział, na nieco luźniejszą, czyli bardziej odpowiednią dla nowych rozmiarów jego męskości, która nie przejmowała się czymś takim, jak nieodpowiedni czas lub miejsce. Miał cichą nadzieję, że hrabina nie zwróci na ten szczegół uwagi.
– Chodziło o nader kosztowne uzależnienie, jakim jest hazard – wyjaśniła.
– Chce pani powiedzieć, że doktorek obrzydził komuś ruletkę? – zażartował.
– Nie ruletkę, drogi panie. Karty – skorygowała profesorskim tonem, lekko urażona jego mało poważnym podejściem do tematu. – I nie wydaje mi się, aby słowo „obrzydzić” było tutaj odpowiednie. Profesor sprawił, że jego pacjent momentalnie stracił całe zainteresowanie tego rodzaju rozrywką. Jedno spotkanie uchroniło całą rodzinę tego nieszczęśnika przed rychłym bankructwem.
Isabelle bardzo dobrze znała ludzką naturę, do której niewiele rzeczy przemawiało równie skutecznie, co pieniądze. Była pewna, że jeśli to nie zainteresuje jej gościa transem, to nic tego nie zrobi.
– W jaki sposób tego dokonał, jeśli można wiedzieć? – Sinclair nie należał do ignorantów przekonanych, że największe odkrycia medycyny zostały już dokonane i objawione światu. Jakby taki moment mógł w ogóle kiedykolwiek nastąpić? Co nie znaczy, że był łatwowierny. Przeciwnie – zawsze poszukiwał logicznych i naukowych wyjaśnień.
– Procedura nie jest wielce skomplikowana ani uciążliwa dla pacjenta. Wręcz przeciwnie, wprowadza go w stan głębokiego relaksu, który umożliwia eksplorowanie zakamarków umysłu. – Isabelle żywiła głęboką nadzieję, że brzmi profesjonalnie. Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że to, co mówi, może wydawać się dość kontrowersyjne.
– Wciąż nie rozumiem, jak miałoby to nawrócić z grzesznej drogi zatwardziałego hazardzistę.
– Proszę pana o nieco cierpliwości – zganiła go jak niesfornego ucznia. – Otóż w tym szczególnym stanie umysł jest bardzo podatny na sugestie wypowiadane przez osobę wprowadzającą w trans. W przypadku, o którym rozmawiamy, profesor użył bardzo pomysłowej perswazji.
Isabelle maksymalnie skupiła myśli, żeby przywołać w pamięci dokładną treść, nieświadomie przygryzając przy tym leciutko dolną wargę, co nie umknęło uwadze Sinclaira.
– „Każda karta, jaką trzymam w dłoni, będzie łzą, co oko mej kochanej dziś uroni”. Profesor wypowiedział te słowa, następnie polecił pacjentowi powtórzenie tego samego zdania parę razy.
Sinclair wpatrywał się w usta hrabiny jak wyposzczony mnich w udziec barani. Najmniej interesowały go słowa z nich płynące.
– I to zadziałało? – zapytał w końcu, otrząsając się z chwilowego zawieszenia.
– Tak. Ten człowiek do dziś nie może wziąć kart do rąk. Nawet w celu rozegrania partyjki bez stawiania pieniędzy. – Kończąc zdanie, szybko skierowała swój wzrok na widok za oknem.
Sinclair nie musiał nawet patrzeć w tamtym kierunku, żeby mieć pewność, że za oknem nic ciekawego się nie dzieje.
– Wyczuwam solidne „ale”. – Starał się utrzymać poważną minę, choć wymagało to od niego sporo dyscypliny. Mała kłamczuszka nie miała pojęcia, jak jest dla niego czytelna. Jej infantylna naiwność i wiara w to, że odwróci jego uwagę od ostatniej kwestii, były niemal urocze.
Isabelle westchnęła głęboko w geście pogodzenia się z porażką.
– Otóż… ten dżentelmen… niestety z tym samym albo z jeszcze większym zamiłowaniem zainteresował się…
– No proszę to z siebie wydusić – zachęcił Sinclair. – Na pewno to coś chwalebnego. – Jego słowa ociekały słodką ironią.
Isabelle widząc niecnie uśmiechającego się mężczyznę, była przekonana, że tak właśnie wąż kusił Ewę na chwilę przed jej upadkiem.
– Ruletką.
Jak tylko wypowiedziała to słowo, Sinclair roześmiał się tak serdecznie, jakby właśnie usłyszał wyśmienity żart.
Nie miała pojęcia jak interpretować jego zachowanie. Obawiała się, że może to być koniec jej starań. Spontaniczna reakcja mężczyzny ostatecznie okazała się zaraźliwa i ona również zaczęła się śmiać. Wspólna radość podziałała na nich jak oczyszczający wszystko gwałtowny deszcz. Atmosfera podejrzeń i dziwnych negocjacji została przemieniona w coś całkowicie odmiennego. Coś, co kusi człowieka jeszcze bardziej niż pieniądze. Zwykłe szczęście. Zwykłe, a tak bezcenne.
Po chwili w pomieszczeniu zapadła przesycona erotyzmem cisza. Oboje patrzyli na siebie, przedłużając ten magiczny i jakże niestosowny moment błogości oraz duchowego połączenia. Wprawdzie ich ciała znajdowały się w pewnej odległości, ale dusze dokonywały starego jak świat aktu miłości.
W końcu Sinclair niechętnie uznał, że jako mężczyzna powinien wykazać się jakąkolwiek trzeźwością i opanowaniem.
– Przyznaję, że jestem zaintrygowany – odchrząknął i jeszcze raz spojrzał Isabelle głęboko w oczy. – Metodą oczywiście.
– Oczywiście. – Isabelle westchnęła z lekkim zawodem, jakby właśnie dobrnęła do ostatniej strony najlepszej książki, jaką w życiu czytała.
– Czy ma pan może ochotę na dolewkę herbaty? – zapytała, jak na przykładną panią domu przystało.
– Nie. Dziękuję. Doceniam pani gościnność, nie chciałbym jej jednak nadużywać. Zwłaszcza, że jest to niezapowiedziana wizyta. Zanim wyjdę, chciałbym zapytać o jeszcze jedną rzecz, która nie jest dla mnie do końca jasna.
Przez głowę Isabelle przebiegło tysiąc potencjalnych pytań dotyczących transu, jakie jeszcze mógłby zadać. Żadne z nich nie było tym, które usłyszała.
– Kto miałby wprowadzić mój umysł w ten magiczny, jak go pani opisała, stan?
– Przyznam, że moje doświadczenie w roli asystentki doktora nie jest zbyt duże. – Postanowiła, że będzie z nim na tyle szczera, na ile zdoła. Gra toczyła się o wysoką stawkę. Jeśli los będzie im sprzyjał, obydwoje mogą na tym zyskać. – Rzecz wygląda następująco… – Zrobiła przerwę na uporządkowanie myśli, by spokojnie kontynuować: – Główna siedziba profesora Foxa, gdzie prowadzi swoją praktykę, znajduje się na uniwersytecie w Oxfordzie. Z uwagi na wielki autorytet w dziedzinie medycyny odwiedza czasem również Exeter, aby dzielić się wiedzą i doświadczeniem z kolegami po fachu. W ostatniej korespondencji powiadomił mnie, że będzie u nas za niecałe dwa miesiące. – Isabelle relacjonowała znane jej fakty z typowym dla siebie oddaniem.
Sinclair uważnie słuchał słów uwielbienia płynących z ust hrabiny, która najwyraźniej miała ochotę piać peany na cześć Foxa. Im bardziej go wychwalała, tym mniejszą czuł do typa sympatię. Jego wyobraźnia zaczęła podsuwać mu kuszące obrazy, na których jednym ciosem nokautuje profesora w walce, w której nagrodą główną jest dozgonny zachwyt w oczach hrabiny Mercer.
– Uważam, że w tej sytuacji… – Przerwała w połowie zdania, co nie wywołało żadnej reakcji ze strony słuchacza. – Najmocniej przepraszam, ale czy ja pana przypadkiem nie nudzę?
– Co? Eee… Nie. To ja panią przepraszam – odparł Sinclair, wyrwany ze zwycięskiej wizji. – Nie wiem, co się ze mną dzisiaj dzieje. Najprawdopodobniej to skutek nieprzespanych godzin.
– Tak. To z pewnością to. – Isabelle przytaknęła nieco sceptycznie, marszcząc czoło. – Przejdę w takim razie do sedna. Proponuję, aby odwiedził mnie pan za jakiś czas. Przeprowadzę sesję zgodnie z zaleceniami i oficjalną procedurą. W zależności od jej efektów zdecyduje pan, czy potrzebne będzie dodatkowe spotkanie z profesorem. Jeśli taka będzie pana wola, niezwłocznie się z nim skontaktuję w celu przedstawienia pana sytuacji i osobiście poproszę o ustalenie terminu wizyty.
Wzmianka o kontakcie, szczególnie osobistym, hrabiny z profesorem, spowodowała bezwarunkowy zacisk obu pięści Sinclaira.
Co się ze mną dzieje?
Nie widział człowieka na oczy, a miał ochotę… Urwana parę minut temu wizja znów pojawiła się w jego głowie. Zdecydowanie potrzebował świeżego powietrza. Jak tylko stąd wyjdzie, na pewno poczuje się lepiej. Nic, odkąd przekroczył próg tego domu, nie było normalne. Szczególnie myśli. Nie wspominając o odruchach.
– Myślę, że jest to bardzo dobry plan. – Wstał, ukłonił się hrabinie i zanim wyszedł, sięgnął po jej dłoń, aby złożyć na niej delikatny pocałunek.
Twarz kobiety znów zaczęła nabierać gorących rumieńców. Zaczynała rozumieć rozdrażnienie pani Simmons związane z ciągłymi, niekontrolowanymi skokami temperatury w okresie przekwitania. Boże drogi, jak ta kobieta to wytrzymała? Człowiek po godzinie zaczynał poważnie rozważać skoczenie z mostu. Najlepiej do jakiejś lodowatej rzeki.
Katarzyna Wziątek urodziła się i wychowała na Pomorzu. Ukończyła Akademię Morską w Gdyni na wydziale towaroznawstwa. Zaraz po studiach wyjechała do Holandii gdzie do dziś mieszka i pracuje. Od 2015 roku jest certyfikowanym coachem ICC. Od 2012 roku interpretuje swoje sny metodą, którą sama stworzyła. Od paru lat pisze wiersze z cyklu “Coaching przez poezję” oraz “Wiersze Nowej Ery”, które publikuje na stronie www.szczyptapoezji.pl ”Ostatnie wcielenie” jest debiutem autorki.


